poniedziałek, 30 stycznia 2012

Dom Feliciano i brazylijski kemping

W weekend pojechalismy nad rzeke. 2 dni wyjazdu to dla calej rodziny Alessandro ogromne przedsiewziecie - zabralismy pol domu:) Bylo to dla nas zupelnie nowe doswiadczenie - my zabieramy zwykle tylko to, co wydaje sie najbardziej niezbedne. Oni zabieraja tyle, zeby czuc sie jak w domu. Trzeba wiec bylo zapelnic przyczepke ciagnieta przez jednego z garbusow, a pozostalym autom wypchac bagazniki. Ale dzieki temu mielismy rzeczywiscie swietne warunki.
Wczoraj po poludniu pojechalismy do wujka Jozefa Laska i zrobilismy film o Trzech Krolach - od lat pan Jozef, jego syn Paulo Sergio oraz kolega, p. Henryk Lempek, przebieraja sie za Trzech Kroli i koleduja po okolicy. Oczywiscie po polsku. Niesamowite doswiadczenie! Fotek nie mam, bo zlosliwie skonczyly mi sie baterie w aparacie, ale bedzie film:))
Dzis jeszcze jestesmy w DF, jutro wyruszamy na polnoc. Juz za tydzien musimy byc w Rio i oddac auto. Podroz powoli dobiega konca:(








Powyzsze zdjecia by Alessandro Rakowski

czwartek, 26 stycznia 2012

Dom Feliciano

Wczoraj przyjechalismy do rodziny Sandro Rakowskiego do Dom Feliciano. Babcia Sandro mowi calkiem dorze po polsku, jego mama tez rozumie troche polski. Siedzimy tu sobie, pijemy piwo i drinki, Adas sie bawi z dziecmi. Troche sie denerwuje, ze nie rozumie, co mowia, ale probuje ich przedrzezniac:)
Dzis bylismy u wujak, p. Jose Laska, bardzo ciekawym czlowiekiem, z ktorym umowilismy sie w niedziele na wywiad. C.d.n.:)

wtorek, 24 stycznia 2012

Park Narodowy Aparados do Serra





Dwa dni na plaży nas wymęczyło, przypaliło i przegrzało, więc przyjechaliśmy w góry. Jesteśmy w miejscowości Praia Grande (ani nie ma tu plaży, ani nie jest duża, jakby sugerowala nazwa...). Po drodze zobaczyliśmy grotę z Madonnami. Tu potrzebna jest krótka refleksja na temat religii i wyznań w Brazylii. Jest to niezwykłe, jak wiele jest tutaj kościołów protestanckich. Nawet w najmniejszej miejscowości działają zielonoświątkowcy, baptyści, adwentyści i mnóstwo innych kościołów, których nazw już nawet nie staraliśmy się zapamiętać. Jak mówili nam spotkani w Paranie katoliccy misjonarze, ten boom na nowe kościoły powoli mija, jednak nadal jest ich mnóstwo. Kościoły starają się przyciągnąć jak najwięcej wiernych, oferując jak najbardziej atrakcyjne nabożeństwa. Takie show robią też już katolicy, inaczej nikt nie chciałby chodzić na msze.
Poza tym, imię Jezusa i Matki Boskiej, a także różnych świętych pojawia się w bardzo niespodziewanych momentach i miejscach.Np. dziś widziałam kawę Bom Jesus, czyli Dobry Jezus.
Dziś zrobiliśmy małą wycieczkę w góry i potaplaliśmy się w rzecze. Jutro ruszamy do Dom Feliciano, kolejnej miejscowości zamieszkałej przez polskich imigrantów. Stąd pochodzi nasz kolega Sandro, i to w zasadzie za jego sprawą (tj. w związku z historią jego pochodzenia) tak bardzo chciałam przyjechać do Brazylii.
Show wiary - chyba nie trzeba komentować:)

Grota z Madonnami



W parku narodowym Aparados do Serra

niedziela, 22 stycznia 2012

Na plaży w Bombinhas





Sao Mateus do Sul i Kurytyba

Kościół ok. 15 km od Sao Mateus do Sul

W Kurytybie - z p. Eduardo oglądamy film o migrantach
Dziewczyny z Santany na uniwerku w Kurytybie

Malet i kolonie Rio Claro

W domu pani Wandy Przybysz w Malecie
Sklep Pani Wandy
Cmentarz - zmarli mają swoje 'domki"
U Państwa Drewnowskich w jednej z kolonii Rio Claro

U Janka w domu

Dom Państwa Sieklickich
Pan Kazimierz (Casimiro), tata Janka
Janek
Adaś i mama Janka - pani Julia

Rio Claro


Niezłe połączenie:)
Pierogi i schabowy u księdza Andersona


Janek w kościele w Rio Claro

Campo do Tenente


Siostra Paulina, pochodzi z południa Brazylii, polski zna z domu. w CdT pracuje w szpitalu

Ksiądz Stanisław pokazuje swojego bloga i opowiada o dzialalności stowarzyszenia "Juventus"

Dom Polski

Park stanowy Intervales

Tu mieszkaliśmy





Aguas da Prata





Araucarie - nasze ulubione drzewa:)

Minas Gerais - fotki

Ouro Preto - kościół św. Franciszka z Asyżu i widok na miasteczko

Uff, udało mi się wkleić to, co pisałam w ostatnim czasie, na razie bez zdjęć.

11.01 – wyjeżdżamy z Ouro Branco i zwiedzamy Ouro Preto (Czarne złoto). To chyba najładniejsze miasto w Minas Gerais, a na pewno najładniejsze z tych, które widzieliśmy. Położone na wzgórzach, jest perłą brazylijskiego baroku i dawną stolicą stanu. Teraz jest turystyczną miejscowością w pełnym znaczeniu tego słowa – nawet po angielsku mówią:)

Zwiedziliśmy kościół św. Franciszka z Asyżu, dzieło najważniejszej postaci baroku – XVII-wiecznego architekta i rzeźbiarza Alejhadinho. Jego rzeźby mieliśmy już okazję oglądać w Congonghas – zdobiły wejście do bazyliki. A kościół w Ouro Preto Alejhadinho sam zaprojektował, no i wykonał rzeźby. Smaczku wszystkiemu dodaje fakt, że w sumie nie wiadomo, czy mistrz był postacią autentyczną, czy może mitem... Tak czy inaczej, sławę zyskał nieśmiertelną, a ktoś rzeźby wykonał. A co samego do kościoła – ładny, ale bez zachwytu. Może dlatego, że w Europie przywykliśmy do znamienitszych, jakby nie było, zabytków...

Krótki spacer po OP i jedziemy dalej. Zatrzymujemy się na noc w małej dziurze Itumirim – bardzo przyjemnie, zupełnie nieturystycznie.

12. 01 – świętujemy pół roczku Krzysia, ma już 2 mini ząbki i powoli zabiera się do podnoszenia pupy w pozycji na brzuszku:) A poza tym jedziemy dalej na zachód. Zamierzaliśmy dojechać w ciągu kilku dni do Foz do Iguasu, ale chyba zrezygnujemy. Musielibyśmy większość czasu spędzić w drodze. A tu jest tak przyjemnie i ładnie. Dojechaliśmy więc tylko niedaleko za granicę stanu Minas Gerais (jesteśmy teraz w stanie Sao Paulo), do uroczego miasteczka Aguas da Prata. No i zostajemy tu na dwa dni.

13.01. - idziemy na wycieczkę do parku, ładny kawałek lasu. Są nawet małpy. A potem byczymy (i krowimy) się na basenie.

14.-15.01. - przyjeżdżamy do uroczego parku stanowego Intervales. Mieszkamy w samym parku, w czymś w rodzaju schroniska. Wprawdzie ciągle pada, ale udało się nam wyjść na ok. 2km wycieczkę po dżungli wokół jeziora, a po południu pobiegać (tj. Adaś i Krzyś nie poszli pobiegać:)).

17.01. – wczoraj wieczorem dotarliśmy do Campo do Tenente; znaleźliśmy w internecie informację, że mieszkają tu Polacy. I rzeczywiście. Zatrzymaliśmy w pensjonacie o śmiesznym, staroświeckim wyglądzie i dziś rano dowiedzielismy się, że miejscowy ksiądz jest Polakiem z Polski oraz że jest tu siedziba Braspolu. Poszliśmy więc do kościoła i spotkaliśmy uroczego księdza Stanisława Gogulskiego. Okazało się zresztą, że widzieliśmy go już wczoraj w sklepie i podejrzewaliśmy o bycie Polakiem:) Ksiądz Stanisław mieszka w Brazylii już 30 lat, od 9 lat służy w Campo do Tenente. Opowiadał nam o społeczności Polaków tutaj, pokazał polski dom i dał namiar na wsie, w których do tej pory Polacy mówią po polsku. Ksiądz Stanisław mieszka już w Brazylii 30 lat, niedługo przejdzie na emeryturę. W CdT mieszka od 9 lat i pokazywał nam, jak bardzo miasteczko (i tym samym cała Brazylia) się zmienia.

18-20. 01 – mamy to, czego chcieliśmy; polską wieś z sympatyczną gościnną rodziną. Przyjechaliśmy do Rio Claro. Po drodze trochę się pogubiliśmy i sporo drogi nadłozyliśmy. Ale dzięki temu poznalismy już trochę klimat okolicy, choć o drogę pytalismy na wszelki wypadek po portugalsku – jak się okazało, można to było swobodnie zrobić po polsku. Miło nas zaskoczył tutejszy zwyczaj pozdrawiania się, machania z samochodu. Robią tak wszyscy, niezaleznie od tego, czy się znaja, czy nie. W Rio Claro zapoznaliśmy się z księdzem Andersonem. Sympatyczny ksiądz, pochodzący z Brazylii potomek Polki i Włocha. Załapaliśmy się u niego na polski obiad – z barszczem (zrobionym przez samego księdza!), pierogami, a nawet schabowym. Mieliśmy ogromne szczęście, że na wakacje do domu przyjechał akurat młody uczeń seminarium duchownego w Uniao Vitoria – Janek Sieklicki, pochodzący z jednej z kolonii Rio Claro. A dziś przyjechał w odwiedziny do księdza. Początkowo wstydził się mówić z nami po polsku, ale okazało się, że mówi całkiem dobrze. U niego w domu mówi się po polsku. Nie jest to język literacki, ale gwara, w dodatku z wieloma archaizmami i elementami portugalskiego (np. fiżun to fasola, a milejka to kukurydza), ale bardzo dobrze się rozumieliśmy. Oboje rodziców Janka to potomkowie polskich migrantów. Niestety nie wiadomo skąd, choć po mowie sądzę, że może to być północna Małopolska, może Lubelskie. Janek ma pięcioro rodzeństwa – trzy siostry i dwóch braci. Siostry są już zamężne, niestety ich dzieci nie mówią już po polsku (choć czteroletni synek Klarysy rozumie polski), a bracia mieszkają jeszcze z rodzicami.

Szczęślwie się złożyło, że przenocowalismy dwie noce u rodziny Janka. Ksiądz Andeson chciał, żebyśmy pojechali do ks. Franciszka do Maletu, bo on ma pokoje gościnne. Ale nie udało się do niego dodzwonić. Więc uznaliśmy, że pojedziemy do M. bez zapowiedzi, ale po drodze wstąpimy do rodziców Janka, zobaczyć jak mieszkają. No j i już tam zostaliśmy, bo był wieczor i mama Janka zaproponowała nam... nocnik:) Tak się u nich nazywa „nocleg”.

Mieszkają niesamowicie. W skromnym, ale funkcjonalnym domku z gospodarstwem ok. 25ha (10 alkierów – taką miarę tu stosują). Gospodarstwo, co nas bardzo zaskoczylo, jest w pełni samowystarczalne: pani Julia robi chleb z pszenicy, mają krowy, świnie, kury; uprawiają tytoń, kukurydzę, soje, a nawet ryż. Do tego mają własne owoce i warzywa, no i oczywiście mleko, a z tego również masło i ser. Są też ule, więc jest i miód. No i przede wszystkim są to bardzo mili, ciepli ludzie. Z wrażenia nie mogłam spać. A co dopiero o tym napisać!

Na następny dzień pojechalismy z Jankiem do Maletu, a tam, wraz z księdzem Franciszkiem (przyjechał z Polski w latach 80.), poodwiedzaliśmy kilka polskich rodzin w miasteczku. M.in. panią Wandę i jej męża Sylwestra. Mieszkają w pieknym, dużym domu. p. Wanda jest bardzo wesołą, sympatyczną kobietą. Mówi ladnie po polsku, bo była w Polsce na kursie językowym i na wycieczce. Z p. Sylwestrem nie udało się za wiele porozmawiać, bo przyszedł, gdy już musieliśmy wychodzić na obiad do księdza. Znów były pierogi:)

W drodze powrotnej odwiedziliśmy państwa Drewnowskich, a potem jeszcze Rusinkow. Szczególnie Rusinkowie zrobili na nas duże wrażenie. Nie mielismy możliwości posiedzieć u nich dłużej, bo pracowali. Ale zobaczyliśmy dużą rodzinę z kilkoma dziewczynkami, blondynkami z niebieskimi oczkami. Te, które nie chodzą jeszcze do szkoły, mówią tylko po polsku.

20 stycznia miałam umówione spotkanie z prof. Eduardo Nadalinem na uniwersytecie w Kurytybie, więc wyjechaliśmy z Rio Claro rankiem, zabraliśmy Janka do Sao Mateus do Sul i tam spotkaliśmy się na chwilę z miejscowym księdzem, zwiedziliśmy kościół i stary dom parafialny przerobiony na muzeum. S. Mateus jest w zasadzie centrum kultury polonijnej, stąd nadawana jest audycja radiowa - w każdą niedzielę jest przez godzinę po polsku. Można wtedy posluchać polskiej muzyki, zwykle ludowej. Taką też zresztą grają miejscowe zespoły, chętnie zapraszane na wesela. Rozstajemy się z Jankiem, on zostaje w S. Mateus – ale mamy do siebie namiary, a Janek przyjedzie w czerwcu do Polski na kurs letni. Na pewno się spotkamy!

W Kurytybie poza p. Eduardo, poznaliśmy zaproszone przez niego studentki – Sonię i Marcię, oraz siostrę Marcii – Marli. Wszystkie pochodzą z Santany, wioski zamieszkałej w ok. 80% przez potomków emigrantów z Polski. One mówią świetnie po polsku, bo studiują, a Marli w dodatku jest nauczycielką w miejscowej szkole. Uczy geografii, ale też polskiego. O Santanie już słyszeliśmy, ale nie udało się nam tam pojechać, więc Santana przyjechala do nas:) W zeszlym roku został tam nakręcony film dokumentalny o emigracji z Polski, teraz otrzymaliśmy płytkę w prezencie. Niestety w moim komputerze nie ma wejścia na CD, więc dopiero w Polsce obejrzę film. Już się nie mogę doczekać! Z dziewczynami pewnie będziemy w kontakcie, bo wymienilismy się mejlami.

I to tak w skrócie, mogłabym napisać dużo więcej, ale wymaga to przemyślenia. Wrzucę jeszcze jakieś zdjęcia, ale muszę je posegregować, bo internet tu słaby, więc wiele nie wkleję.

Dziś nadal jesteśmy w Tijucas, Jas poszedł pobiegać, Krzys spi, a Adaś opowiada jakieś historyjki:) Może znow skoczymy na jakąś plażę - choć wychodzą duże chmury.

sobota, 21 stycznia 2012

plaża

Mam duzo do napisania, bo przez ostatnie dni nie miałam netu. Ogromne wrażenie na nas zrobiły odwiedziny w polskiej wiosce i spotkanie z ludźmi, którzy nadal mówią w domu po polsku. Postaram się to opisać, choć wcale nie bedzie to łatwe.
Od wczoraj wieczorem jesteśmy w miasteczku Tijucas w stanie Santa Catarina i nic nie robimy poza plażowaniem. No, jeszcze jest dojazd na plażę, dzis zajął nam znacznie więcej niż samo plażowanie. Ale było warto. Pojechaliśmy do Bombinhas, bardzo uczęszczanej miejscowości, na plażę na szczęście względnie pustą. Za to czystą, z przepieknymi widokami i skałami. Jutro jakaś fotka.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Kurytyba

Tylko chwilke, bo jestem w kafejce, a w moim komputerze pisze w miare regularnie i wkleje to, jak bede miec dostep wi-fi.
Jestesmy pod Kurytyba i wyruszamy na poszukiwanie polskich wsi. Mam nadzieje, ze dzis lub jutro napisze wiecej. Ogolnie wszystko u nas dobrze, Krzys ma dwa zeby:)

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Minas Gerais

Jesteśmy w miasteczku Ouro Brano, czyli Białe Złoto. Miasta stanu Minas Gerais powstały w XVII XVIII w. jako górnicze miejscowości wydobywców złota. W tamtym też czasie przeżywały swój rozkwit, stąd można w nich podziwiać barokowe, bardzo bogate budynki, przede wszystkim kościoły.
Nas Minas Gerais przywitało deszczem, a wręcz powodzią. Osuwają się skały wraz z domami, pozamykane są drogi. Mieliśmy zamiar nocować w mieście Mariana koło Ouro Preto, ale nie udało się nam znaleźć nic dobrego do spania. Za to droga do kolejnej destynacji - Catas Altas była zamknięta. W końcu trafiliśmy na średnio ładne Ouro Branco.
Dziś porażkowo pojechalismy zwiedzać stolicę stanu - Belo Horizonte, czyli Piękny Horyzont. No tak, piękne chmury i deszcz aż po horyzont, a w dodatku poniedziałek i wszystkie atrakcje zamknięte. Łącznie z obiecanym Adasiowi zoo. Udało sie nam tylko z zewnątrz zobaczyć główną atrakcję miasta - ciekawy, choć dziwny architektonicznie kościół św. Franciszka z Asyżu z pięknymi biało-niebieskimi mozaikami. Stworzył go brazylijski architekt Oskar Niemeyer - główny planista Brasili.
W drodze powrotnej zwiedziliśmy piękną bazylikę Bom Jesus de Matosinhos, wpisaną w 1985 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Niestety sanktuarium było zamkniete, ale widok i tak robi wrażenie. Zwłaszcza, że jest pieknie położone na wzgórzu. Zresztą całe miasto jest położone na zboczu góry, co przy obecnych powodziach spowodowało, że sporo ulic jest zamkniętych, a rzeka zabiera coraz większe przestrzenie, w tym domy.

Kościół św. Franciszka z Asyżu (1943 rok)

Mozaiki z tyłu kościoła



Kapibara w parku ekologicznym w Belo Horizonte


Dziura spowodowana osunięciem się ziemi...


Bazylika w Congonhas