niedziela, 22 stycznia 2012

Uff, udało mi się wkleić to, co pisałam w ostatnim czasie, na razie bez zdjęć.

11.01 – wyjeżdżamy z Ouro Branco i zwiedzamy Ouro Preto (Czarne złoto). To chyba najładniejsze miasto w Minas Gerais, a na pewno najładniejsze z tych, które widzieliśmy. Położone na wzgórzach, jest perłą brazylijskiego baroku i dawną stolicą stanu. Teraz jest turystyczną miejscowością w pełnym znaczeniu tego słowa – nawet po angielsku mówią:)

Zwiedziliśmy kościół św. Franciszka z Asyżu, dzieło najważniejszej postaci baroku – XVII-wiecznego architekta i rzeźbiarza Alejhadinho. Jego rzeźby mieliśmy już okazję oglądać w Congonghas – zdobiły wejście do bazyliki. A kościół w Ouro Preto Alejhadinho sam zaprojektował, no i wykonał rzeźby. Smaczku wszystkiemu dodaje fakt, że w sumie nie wiadomo, czy mistrz był postacią autentyczną, czy może mitem... Tak czy inaczej, sławę zyskał nieśmiertelną, a ktoś rzeźby wykonał. A co samego do kościoła – ładny, ale bez zachwytu. Może dlatego, że w Europie przywykliśmy do znamienitszych, jakby nie było, zabytków...

Krótki spacer po OP i jedziemy dalej. Zatrzymujemy się na noc w małej dziurze Itumirim – bardzo przyjemnie, zupełnie nieturystycznie.

12. 01 – świętujemy pół roczku Krzysia, ma już 2 mini ząbki i powoli zabiera się do podnoszenia pupy w pozycji na brzuszku:) A poza tym jedziemy dalej na zachód. Zamierzaliśmy dojechać w ciągu kilku dni do Foz do Iguasu, ale chyba zrezygnujemy. Musielibyśmy większość czasu spędzić w drodze. A tu jest tak przyjemnie i ładnie. Dojechaliśmy więc tylko niedaleko za granicę stanu Minas Gerais (jesteśmy teraz w stanie Sao Paulo), do uroczego miasteczka Aguas da Prata. No i zostajemy tu na dwa dni.

13.01. - idziemy na wycieczkę do parku, ładny kawałek lasu. Są nawet małpy. A potem byczymy (i krowimy) się na basenie.

14.-15.01. - przyjeżdżamy do uroczego parku stanowego Intervales. Mieszkamy w samym parku, w czymś w rodzaju schroniska. Wprawdzie ciągle pada, ale udało się nam wyjść na ok. 2km wycieczkę po dżungli wokół jeziora, a po południu pobiegać (tj. Adaś i Krzyś nie poszli pobiegać:)).

17.01. – wczoraj wieczorem dotarliśmy do Campo do Tenente; znaleźliśmy w internecie informację, że mieszkają tu Polacy. I rzeczywiście. Zatrzymaliśmy w pensjonacie o śmiesznym, staroświeckim wyglądzie i dziś rano dowiedzielismy się, że miejscowy ksiądz jest Polakiem z Polski oraz że jest tu siedziba Braspolu. Poszliśmy więc do kościoła i spotkaliśmy uroczego księdza Stanisława Gogulskiego. Okazało się zresztą, że widzieliśmy go już wczoraj w sklepie i podejrzewaliśmy o bycie Polakiem:) Ksiądz Stanisław mieszka w Brazylii już 30 lat, od 9 lat służy w Campo do Tenente. Opowiadał nam o społeczności Polaków tutaj, pokazał polski dom i dał namiar na wsie, w których do tej pory Polacy mówią po polsku. Ksiądz Stanisław mieszka już w Brazylii 30 lat, niedługo przejdzie na emeryturę. W CdT mieszka od 9 lat i pokazywał nam, jak bardzo miasteczko (i tym samym cała Brazylia) się zmienia.

18-20. 01 – mamy to, czego chcieliśmy; polską wieś z sympatyczną gościnną rodziną. Przyjechaliśmy do Rio Claro. Po drodze trochę się pogubiliśmy i sporo drogi nadłozyliśmy. Ale dzięki temu poznalismy już trochę klimat okolicy, choć o drogę pytalismy na wszelki wypadek po portugalsku – jak się okazało, można to było swobodnie zrobić po polsku. Miło nas zaskoczył tutejszy zwyczaj pozdrawiania się, machania z samochodu. Robią tak wszyscy, niezaleznie od tego, czy się znaja, czy nie. W Rio Claro zapoznaliśmy się z księdzem Andersonem. Sympatyczny ksiądz, pochodzący z Brazylii potomek Polki i Włocha. Załapaliśmy się u niego na polski obiad – z barszczem (zrobionym przez samego księdza!), pierogami, a nawet schabowym. Mieliśmy ogromne szczęście, że na wakacje do domu przyjechał akurat młody uczeń seminarium duchownego w Uniao Vitoria – Janek Sieklicki, pochodzący z jednej z kolonii Rio Claro. A dziś przyjechał w odwiedziny do księdza. Początkowo wstydził się mówić z nami po polsku, ale okazało się, że mówi całkiem dobrze. U niego w domu mówi się po polsku. Nie jest to język literacki, ale gwara, w dodatku z wieloma archaizmami i elementami portugalskiego (np. fiżun to fasola, a milejka to kukurydza), ale bardzo dobrze się rozumieliśmy. Oboje rodziców Janka to potomkowie polskich migrantów. Niestety nie wiadomo skąd, choć po mowie sądzę, że może to być północna Małopolska, może Lubelskie. Janek ma pięcioro rodzeństwa – trzy siostry i dwóch braci. Siostry są już zamężne, niestety ich dzieci nie mówią już po polsku (choć czteroletni synek Klarysy rozumie polski), a bracia mieszkają jeszcze z rodzicami.

Szczęślwie się złożyło, że przenocowalismy dwie noce u rodziny Janka. Ksiądz Andeson chciał, żebyśmy pojechali do ks. Franciszka do Maletu, bo on ma pokoje gościnne. Ale nie udało się do niego dodzwonić. Więc uznaliśmy, że pojedziemy do M. bez zapowiedzi, ale po drodze wstąpimy do rodziców Janka, zobaczyć jak mieszkają. No j i już tam zostaliśmy, bo był wieczor i mama Janka zaproponowała nam... nocnik:) Tak się u nich nazywa „nocleg”.

Mieszkają niesamowicie. W skromnym, ale funkcjonalnym domku z gospodarstwem ok. 25ha (10 alkierów – taką miarę tu stosują). Gospodarstwo, co nas bardzo zaskoczylo, jest w pełni samowystarczalne: pani Julia robi chleb z pszenicy, mają krowy, świnie, kury; uprawiają tytoń, kukurydzę, soje, a nawet ryż. Do tego mają własne owoce i warzywa, no i oczywiście mleko, a z tego również masło i ser. Są też ule, więc jest i miód. No i przede wszystkim są to bardzo mili, ciepli ludzie. Z wrażenia nie mogłam spać. A co dopiero o tym napisać!

Na następny dzień pojechalismy z Jankiem do Maletu, a tam, wraz z księdzem Franciszkiem (przyjechał z Polski w latach 80.), poodwiedzaliśmy kilka polskich rodzin w miasteczku. M.in. panią Wandę i jej męża Sylwestra. Mieszkają w pieknym, dużym domu. p. Wanda jest bardzo wesołą, sympatyczną kobietą. Mówi ladnie po polsku, bo była w Polsce na kursie językowym i na wycieczce. Z p. Sylwestrem nie udało się za wiele porozmawiać, bo przyszedł, gdy już musieliśmy wychodzić na obiad do księdza. Znów były pierogi:)

W drodze powrotnej odwiedziliśmy państwa Drewnowskich, a potem jeszcze Rusinkow. Szczególnie Rusinkowie zrobili na nas duże wrażenie. Nie mielismy możliwości posiedzieć u nich dłużej, bo pracowali. Ale zobaczyliśmy dużą rodzinę z kilkoma dziewczynkami, blondynkami z niebieskimi oczkami. Te, które nie chodzą jeszcze do szkoły, mówią tylko po polsku.

20 stycznia miałam umówione spotkanie z prof. Eduardo Nadalinem na uniwersytecie w Kurytybie, więc wyjechaliśmy z Rio Claro rankiem, zabraliśmy Janka do Sao Mateus do Sul i tam spotkaliśmy się na chwilę z miejscowym księdzem, zwiedziliśmy kościół i stary dom parafialny przerobiony na muzeum. S. Mateus jest w zasadzie centrum kultury polonijnej, stąd nadawana jest audycja radiowa - w każdą niedzielę jest przez godzinę po polsku. Można wtedy posluchać polskiej muzyki, zwykle ludowej. Taką też zresztą grają miejscowe zespoły, chętnie zapraszane na wesela. Rozstajemy się z Jankiem, on zostaje w S. Mateus – ale mamy do siebie namiary, a Janek przyjedzie w czerwcu do Polski na kurs letni. Na pewno się spotkamy!

W Kurytybie poza p. Eduardo, poznaliśmy zaproszone przez niego studentki – Sonię i Marcię, oraz siostrę Marcii – Marli. Wszystkie pochodzą z Santany, wioski zamieszkałej w ok. 80% przez potomków emigrantów z Polski. One mówią świetnie po polsku, bo studiują, a Marli w dodatku jest nauczycielką w miejscowej szkole. Uczy geografii, ale też polskiego. O Santanie już słyszeliśmy, ale nie udało się nam tam pojechać, więc Santana przyjechala do nas:) W zeszlym roku został tam nakręcony film dokumentalny o emigracji z Polski, teraz otrzymaliśmy płytkę w prezencie. Niestety w moim komputerze nie ma wejścia na CD, więc dopiero w Polsce obejrzę film. Już się nie mogę doczekać! Z dziewczynami pewnie będziemy w kontakcie, bo wymienilismy się mejlami.

I to tak w skrócie, mogłabym napisać dużo więcej, ale wymaga to przemyślenia. Wrzucę jeszcze jakieś zdjęcia, ale muszę je posegregować, bo internet tu słaby, więc wiele nie wkleję.

Dziś nadal jesteśmy w Tijucas, Jas poszedł pobiegać, Krzys spi, a Adaś opowiada jakieś historyjki:) Może znow skoczymy na jakąś plażę - choć wychodzą duże chmury.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz